Po ostatnim łyku korzennej herbaty z mlekiem zacząłem robić się senny. Za oknem Brukselskie niebo zaciemniało październikowe przedpołudnie grubą warstwą chmur i deszczu, a zza filara słychać było rozmowę arabskich sprzedających. Z letargu wyrwał mnie telefon – to Agnes, moja nowa przełożona. „Wojtek, czy masz ze sobą garnitur?”. Na wpół śpiącą wymamrotałem, że tak. „To wskakuj w niego, bo zaraz ruszamy do Parlamentu Europejskiego lobbować”. Nie było czasu na więcej pytań. Po kilku minutach w ciasnej toalecie kawiarni dopinałem już spinki od mankietów. Po kilku kolejnych słuchałem już Agnes, która tłumaczyła mi, w czym rzecz. „Było głosowanie nad budżetem unijnym na przyszły rok i odrzucono w pierwszym posiedzeniu nasze poprawki w sprawie sponsorowania wymuszonej aborcji i sterylizacji w ramach pomocy zagranicznej dla krajów trzeciego świata. Jest jeszcze szansa, żeby odbyło się drugie głosowanie nad zatwierdzeniem poprawek , w komisjach plenarnych za tydzień – pod warunkiem, że przynajmniej 40 europarlamentarzystów wyrazi dla nich swoje poparcie. Mamy 24 godziny, żeby ich znaleźć i skłonić do podpisu”.
„Jakie poprawki, jaki budżet fundujący aborcję?” – zastanawiałem się cicho, kiedy przechodziliśmy przez strzeżone rzędem funkcjonariuszy i bramek rentgenowskich wejście do Parlamentu Europejskiego. Towarzyszył nam już Juan i Marie, szefowie Word Youth Alliance Europe, którzy razem z nami będą ścigali europosłów. Przy południowej kawie jeszcze raz wyjaśnili, na czym polega problem i nasze zadanie. „W ciągu ostatnich kilkunastu lat kolejne konferencje unijne konsekwentnie potępiały takie praktyki jak restrykcyjna polityka dot. liczby dzieci, przymusowe sterylizacje i zabijanie niemowląt jako sprzeczne z ludzką godnością i podstawowymi wartościami Unii Europejskiej. Niestety, część unijnej pomocy krajom rozwijającym się trafia do rąk organizacji, które popierają lub same angażują się w takie działania. Rok temu udało się przegłosować poprawki dotyczące kanału budżetowego: zdrowie rozrodcze, ale nasz raport wykazał, że część unijnych pieniędzy nadal trafia do tych organizacji innymi drogami zatwierdzonymi przez budżet. Chodzi więc o to, żeby i te drogi zamknąć odpowiednią legislacją. Dlatego mamy nadzieję, że zmuszając ich do powtórnego głosowania uda nam się zamknąć ten kurek śmiertelnych pieniędzy”.
Za dziesięć trzecia. Razem z Agnes stoimy przed salą 5E2 (drugie piętro, skrzydło E, sala druga). Chcemy wyłapać europosłów, którzy przychodzą na spotkanie Europejskiego Klubu Konserwatystów. Nagle Agnes wskazuje mi wzrokiem starszego pana w marynarce: „to europoseł, pamiętam go! Idź go zagadaj!”. Pytam więc grzecznie po angielsku, czy nie chciałbywesprzeć podpisem inicjatywy posła Szymańskiego [Konrada – który pomagał nam rozpropagować pomysł poprawek wśród europosłów]. Pan wiedział o co chodzi i szybko się zgodził, wpisując na czystej jeszcze karcie swoje imię: Ryszard Legutko.
Popołudniu telefon: wstrzymać akcję! W Europarlamencie jest jak w armii: z „sierżantami” się nie dyskutuje, tak samo jak oni nie dyskutują z „generałami”. Więc nawet nie do końca wiemy, dlaczego tak i tak nagle. Główny sprzymierzeniec, pan Szymański, też się wstrzymał, bo rozkaz przyszedł od góry, od Komisji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej, która jeszcze kilka godzin temu dosłała nam ostatnią poprawkę. Moje proste myślenie gubi się w takim rozwoju wypadków, ale Juan ma swoje domysły: zapewne postanowiono, że jedna z partii chrześcijańskich podniesie głos w sprawie ponownego głosowania w sprawie tej ustawy i dzięki temu nasz zbieranie podpisów już nie będzie potrzebne. Oby. Agnes natomiast mówi, że w polityce nie ma łatwego rozdziału „tak-tak”, „nie-nie”, bo w grę wchodzi szerszy kontekst, zarówno różnych spraw, jak i prognoz, jak taka decyzja odbije się na przyszłych interesach. Może właśnie dlatego nigdy nie zostanę politykiem…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz