czwartek, 20 października 2011

W poszukiwaniu niebieskiego łososia (Środa, 19 października)


Można pisać tak: dziś nieoczekiwanie napisał do mnie wujek, że będzie wieczorem w Gent, więc pojechałem się z nim spotkać i zjeść kolację na pięknej starówce. Po powrocie do Brukseli koło północy jeden Belg był tak miły, że podwiózł z dworca pod Parlament Europejski i zaoszczędził mi kilku kilometrów marszu. Można tak pisać, ale czysta faktografia nie tylko zniechęca, ale też zaciera sens, który się w tych wydarzeniach zawiera – a przecież właśnie sens tego, co nam się przydarza, jest najważniejszy. Więc spróbujmy inaczej…

W poszukiwaniu niebieskiego łososia

Dochodziło południe, kiedy w skrzynce mailowej pojawiła się wiadomość: „Wojtek, dziś wieczorem będę w Gent, spotkajmy się na kolację. Dla ciebie to żaden dystans”. Szanowny Czytelnik domyśla się zapewne, że taka informacja rodzi szereg pytań: gdzie w ogóle jest Gent, w którym miejscu odbędzie się owa kolacja, czy rzeczywiście z Brukseli to żaden dystans itp. Wojtek nie potrzebował jednak odpowiedzi na te pytania, żeby podjąć decyzję.

- Vincent, jak najlepiej dojechać do Gent?...
 
Była 18.30, kiedy pociąg dojeżdżał do celu, zaledwie pół godziny po wyjeździe z Brukseli. Odległości w Belgii są niewielkie, regiony są wielkości polskich powiatów, a po wszystkich można podróżować używając karty „Go Pass”, która  za 50 euro pozwala na 10 przejazdów w dowolne miejsca w całym kraju. Stałem na przepięknym dworcu z freskami przedstawiającymi skrzydlate koła parowozów oraz różne regiony Belgii i zastanawiałem się, co dalej. Jedyne co miałem, to nazwa i adres: restauracja „De Blauwe Zalm” [Niebieski Łosoś] na ulicy o wdzięcznej nazwie „Vrouwerbroersstraat”, która niestety nie była powszechnie rozpoznawana. Jak zwykle w takich momentach przydaje się podróżnicze doświadczenie, które każe…ruszyć przed siebie bez celu i zdać się na anioła stróża, tego od zagubionych i włóczęgów. W ten cudowny sposób trafiłem do budki biletowej, teoretycznie już zamkniętej, gdzie wąsaty, rzeczowy Belg odnalazł dla mnie adres na mapie. W bezszelestnym tramwaju, widząc moje zakłopotanie, zesłano mi starszą panią o dobrotliwej twarzy, która rozwiała moje wątpliwości i wskazała, gdzie znajdę Niebieskiego Łososia (to jej ulubione miejsce, gdzie przychodzi czasem uczcić szczególne dni swojego życia). Zagłębiłem się w urzekający labirynt uliczek starówki, otulonych cieniami wieczoru i delikatnie rozświetlonych żółtym blaskiem latarni. Kroki na średniowiecznym bruku odbijały się echem od kolorowych fasad kamienic i wszystko wskazywało na to, że musiałem przypadkowo wsiąść w tramwaj, który przeniósł mnie w czasie do XIII wieku, kiedy Gent przeżywało swój złoty wiek. Na skrzyżowaniu Zeugsteeg i Plotersgracht natknąłem się na pana w garniturze, który z kartką w ręku niespokojnie spoglądał to w jedną, to w drugą stronę. „De Blauwe Zalm?” - zapytałem z nutką nadziei w głosie. Po chwili już razem krążyliśmy po wąskich uliczkach, rozglądając się za Niebieskim Łososiem...

Zbliżała się północ kiedy po wyśmienitej kolacji dojeżdżałem do Brukseli. Po drodze była kontrola biletów, chociaż panią konduktor łatwo można by pomylić z agentką francuskiego ruchu oporu. Nosiła szare spodnie, marynarkę z pomarańczową linią wszytą w klapy, wąski beret przykrywający ciasno spięte włosy i torbę nonszalancko przewieszoną przez ramię. Wzrok miała chłodny, spojrzenie lekko wyniosłe, a przyciszony głos sprawiał, że pasażerowie mimowolnie nachylali się, pełni skupienia, kiedy wręczali jej bilet. 

Podróż nie skończyła się jednak o północy. Okazało się, że w drodze na stację przeszedłem dwa kilometry, ale dystans powrotny nieoczekiwanie zwiększył się do czterech! Szukając stacji metra, zapytałem o drogę młodego Belga, który akurat stał w kolejce po frytki. Miał dla mnie złe wieści, gdyż o tej porze metro już nie jeździ i właściwie pozostaje mi wybór między wędrówką a taksówką. Jak zawsze, postanowiłem zdać się na własne nogi i ruszyłem przed siebie – tylko po to, żeby za moment usłyszeć gwizdanie! To młody Belg kiwał do mnie: „Chodź, podwiozę cię!”. Za dużo dziś tych zbiegów okoliczności – pomyślałem – za dużo, po czym w duchu podziękowałem za opiekę aniołowi, temu od zagubionych i włóczęgów…


W siedzibie Imperium (Wtorek, 18 października)


Po ostatnim łyku korzennej herbaty z mlekiem zacząłem robić się senny. Za oknem Brukselskie niebo zaciemniało październikowe przedpołudnie grubą warstwą chmur i deszczu, a zza filara słychać było rozmowę arabskich sprzedających. Z letargu wyrwał mnie telefon – to Agnes, moja nowa przełożona. „Wojtek, czy masz ze sobą garnitur?”. Na wpół śpiącą wymamrotałem, że tak. „To wskakuj w niego, bo zaraz ruszamy do Parlamentu Europejskiego lobbować”. Nie było czasu na więcej pytań. Po kilku minutach w ciasnej toalecie kawiarni dopinałem już spinki od mankietów. Po kilku kolejnych słuchałem już Agnes, która tłumaczyła mi, w czym rzecz. „Było głosowanie nad budżetem unijnym na przyszły rok i odrzucono w pierwszym posiedzeniu nasze poprawki w sprawie sponsorowania wymuszonej aborcji i sterylizacji w ramach pomocy zagranicznej dla krajów trzeciego świata. Jest jeszcze szansa, żeby odbyło się drugie głosowanie nad zatwierdzeniem poprawek , w komisjach plenarnych za tydzień – pod warunkiem, że przynajmniej 40 europarlamentarzystów wyrazi dla nich swoje poparcie. Mamy 24 godziny, żeby ich znaleźć i skłonić do podpisu”. 

„Jakie poprawki, jaki budżet fundujący aborcję?” – zastanawiałem się cicho, kiedy przechodziliśmy przez strzeżone rzędem funkcjonariuszy i bramek rentgenowskich wejście do Parlamentu Europejskiego. Towarzyszył nam już Juan i Marie, szefowie Word Youth Alliance Europe, którzy razem z nami będą ścigali europosłów. Przy południowej kawie jeszcze raz wyjaśnili, na czym polega problem i nasze zadanie. „W ciągu ostatnich kilkunastu lat kolejne konferencje unijne konsekwentnie potępiały takie praktyki jak restrykcyjna polityka dot. liczby dzieci, przymusowe sterylizacje i zabijanie niemowląt jako sprzeczne z ludzką godnością i podstawowymi wartościami Unii Europejskiej. Niestety, część unijnej pomocy krajom rozwijającym się trafia do rąk organizacji, które popierają lub same angażują się w takie działania. Rok temu udało się przegłosować poprawki dotyczące kanału budżetowego: zdrowie rozrodcze, ale nasz raport wykazał, że część unijnych pieniędzy nadal trafia do tych organizacji innymi drogami zatwierdzonymi przez budżet. Chodzi więc o to, żeby i te drogi zamknąć odpowiednią legislacją. Dlatego mamy nadzieję, że zmuszając ich do powtórnego głosowania uda nam się zamknąć ten kurek śmiertelnych pieniędzy”.

Za dziesięć trzecia. Razem z Agnes stoimy przed salą 5E2 (drugie piętro, skrzydło E, sala druga). Chcemy wyłapać europosłów, którzy przychodzą na spotkanie Europejskiego Klubu Konserwatystów. Nagle Agnes wskazuje mi wzrokiem starszego pana w marynarce: „to europoseł, pamiętam go! Idź go zagadaj!”. Pytam więc grzecznie po angielsku, czy nie chciałbywesprzeć podpisem inicjatywy posła Szymańskiego [Konrada – który pomagał nam rozpropagować pomysł poprawek wśród europosłów]. Pan wiedział o co chodzi i szybko się zgodził, wpisując na czystej jeszcze karcie swoje imię: Ryszard Legutko.

Popołudniu telefon: wstrzymać akcję! W Europarlamencie jest jak w armii: z „sierżantami” się nie dyskutuje, tak samo jak oni nie dyskutują z „generałami”. Więc nawet nie do końca wiemy, dlaczego tak i tak nagle. Główny sprzymierzeniec, pan Szymański, też się wstrzymał, bo rozkaz przyszedł od góry, od Komisji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej, która jeszcze kilka godzin temu dosłała nam ostatnią poprawkę. Moje proste myślenie gubi się w takim rozwoju wypadków, ale Juan ma swoje domysły: zapewne postanowiono, że jedna z partii chrześcijańskich podniesie głos w sprawie ponownego głosowania w sprawie tej ustawy i dzięki temu nasz zbieranie podpisów już nie będzie potrzebne. Oby. Agnes natomiast mówi, że w polityce nie ma łatwego rozdziału „tak-tak”, „nie-nie”, bo w grę wchodzi szerszy kontekst, zarówno różnych spraw, jak i prognoz, jak taka decyzja odbije się na przyszłych interesach. Może właśnie dlatego nigdy nie zostanę politykiem…

Poniedziałek, 17 października


Podróż autobusem ma swoje plusy: będąc ściśniętym na tylnym siedzeniu, z kolanami pod brodą i plecakiem pod kolanami, bez powietrza i światła jak zakładnicy w dusznej piwnicy, tak siedząc, można łatwo nawiązać rozmowę z sąsiadem, którego spotykają takie same wrażenia. I może się okazać, że tym sąsiadem będzie student Turek, który wraca na uniwersytet do Holandii, gdzie studiuje teorię gier i bada, jak opracować wydajniejsze sieci energetyczne. I też uważa, że jedzenie na zachodzie jest paskudne.