Można pisać tak: dziś nieoczekiwanie napisał do mnie wujek, że będzie wieczorem w Gent, więc pojechałem się z nim spotkać i zjeść kolację na pięknej starówce. Po powrocie do Brukseli koło północy jeden Belg był tak miły, że podwiózł z dworca pod Parlament Europejski i zaoszczędził mi kilku kilometrów marszu. Można tak pisać, ale czysta faktografia nie tylko zniechęca, ale też zaciera sens, który się w tych wydarzeniach zawiera – a przecież właśnie sens tego, co nam się przydarza, jest najważniejszy. Więc spróbujmy inaczej…
W poszukiwaniu niebieskiego łososia
Dochodziło południe, kiedy w skrzynce mailowej pojawiła się wiadomość: „Wojtek, dziś wieczorem będę w Gent, spotkajmy się na kolację. Dla ciebie to żaden dystans”. Szanowny Czytelnik domyśla się zapewne, że taka informacja rodzi szereg pytań: gdzie w ogóle jest Gent, w którym miejscu odbędzie się owa kolacja, czy rzeczywiście z Brukseli to żaden dystans itp. Wojtek nie potrzebował jednak odpowiedzi na te pytania, żeby podjąć decyzję.
- Vincent, jak najlepiej dojechać do Gent?...
Była 18.30, kiedy pociąg dojeżdżał do celu, zaledwie pół godziny po wyjeździe z Brukseli. Odległości w Belgii są niewielkie, regiony są wielkości polskich powiatów, a po wszystkich można podróżować używając karty „Go Pass”, która za 50 euro pozwala na 10 przejazdów w dowolne miejsca w całym kraju. Stałem na przepięknym dworcu z freskami przedstawiającymi skrzydlate koła parowozów oraz różne regiony Belgii i zastanawiałem się, co dalej. Jedyne co miałem, to nazwa i adres: restauracja „De Blauwe Zalm” [Niebieski Łosoś] na ulicy o wdzięcznej nazwie „Vrouwerbroersstraat”, która niestety nie była powszechnie rozpoznawana. Jak zwykle w takich momentach przydaje się podróżnicze doświadczenie, które każe…ruszyć przed siebie bez celu i zdać się na anioła stróża, tego od zagubionych i włóczęgów. W ten cudowny sposób trafiłem do budki biletowej, teoretycznie już zamkniętej, gdzie wąsaty, rzeczowy Belg odnalazł dla mnie adres na mapie. W bezszelestnym tramwaju, widząc moje zakłopotanie, zesłano mi starszą panią o dobrotliwej twarzy, która rozwiała moje wątpliwości i wskazała, gdzie znajdę Niebieskiego Łososia (to jej ulubione miejsce, gdzie przychodzi czasem uczcić szczególne dni swojego życia). Zagłębiłem się w urzekający labirynt uliczek starówki, otulonych cieniami wieczoru i delikatnie rozświetlonych żółtym blaskiem latarni. Kroki na średniowiecznym bruku odbijały się echem od kolorowych fasad kamienic i wszystko wskazywało na to, że musiałem przypadkowo wsiąść w tramwaj, który przeniósł mnie w czasie do XIII wieku, kiedy Gent przeżywało swój złoty wiek. Na skrzyżowaniu Zeugsteeg i Plotersgracht natknąłem się na pana w garniturze, który z kartką w ręku niespokojnie spoglądał to w jedną, to w drugą stronę. „De Blauwe Zalm?” - zapytałem z nutką nadziei w głosie. Po chwili już razem krążyliśmy po wąskich uliczkach, rozglądając się za Niebieskim Łososiem...
Zbliżała się północ kiedy po wyśmienitej kolacji dojeżdżałem do Brukseli. Po drodze była kontrola biletów, chociaż panią konduktor łatwo można by pomylić z agentką francuskiego ruchu oporu. Nosiła szare spodnie, marynarkę z pomarańczową linią wszytą w klapy, wąski beret przykrywający ciasno spięte włosy i torbę nonszalancko przewieszoną przez ramię. Wzrok miała chłodny, spojrzenie lekko wyniosłe, a przyciszony głos sprawiał, że pasażerowie mimowolnie nachylali się, pełni skupienia, kiedy wręczali jej bilet.
Podróż nie skończyła się jednak o północy. Okazało się, że w drodze na stację przeszedłem dwa kilometry, ale dystans powrotny nieoczekiwanie zwiększył się do czterech! Szukając stacji metra, zapytałem o drogę młodego Belga, który akurat stał w kolejce po frytki. Miał dla mnie złe wieści, gdyż o tej porze metro już nie jeździ i właściwie pozostaje mi wybór między wędrówką a taksówką. Jak zawsze, postanowiłem zdać się na własne nogi i ruszyłem przed siebie – tylko po to, żeby za moment usłyszeć gwizdanie! To młody Belg kiwał do mnie: „Chodź, podwiozę cię!”. Za dużo dziś tych zbiegów okoliczności – pomyślałem – za dużo, po czym w duchu podziękowałem za opiekę aniołowi, temu od zagubionych i włóczęgów…